Plan B i biurko w co-worku O Planie B dla Dyrektora z Edytą Musielak, współzałożycielką Cashy.pl, rozmawia Agnieszka M. Staroń.

Na wczorajszym – 6.12.2019 – spotkaniu w Łodzi przedstawiliśmy startup dyrektorów “na swoim”, czyli tych dla których Planem B była własna firma. W przyszłym roku w ramach programu “Plan B dla dyrektora” będziemy przedstawiać także inne startupy. Zainteresowanych produktem Cashy zapraszam do kontaktu z nami, a krótka prezentacja produktu jest  tutaj

O Planie B dla Dyrektora z Edytą Musielak, współzałożycielką Cashy.pl, rozmawia Agnieszka M. Staroń, coach w Klubie Dyrektorów Finansowych “Dialog”.

Rozwija Pani startup, którego jest Pani również współzałożycielką. Skąd taki zawodowy pomysł na siebie po latach w dużych, międzynarodowych firmach?

Przez lata zajmowałam się zakupami. Jestem bardzo aktywna. Lubię mieć wpływ na to, czym się zajmuję. Przez ostatnie kilka lat rozwijałam platformę zakupową w jednym z banków pomyślaną jako wsparcie dla firm. Na początku było bardzo ekscytująco – świetna praca, wielka skala, duże budżety, dobry zespół. Do tego stabilne, wysokie dochody i prestiż. Wyglądało na „dream job”. Jednak duże organizacje rządzą się swoimi prawami. W efekcie od pewnego momentu czułam, że moje możliwości nie są już tak duże jakbym tego chciała. Wielokrotne wyjaśnianie pomysłów, długie oczekiwanie na decyzje, coraz mniejszy wpływ na rzeczywistość…..

 

I wtedy pojawił się „Plan B”?

Ależ skąd! Przez dobre kilka miesięcy trwałam w jakimś stuporze i do ostatniego dnia zaklinałam rzeczywistość, nie dopuszczając do siebie myśli, że to miejsce już nie jest „moje”, mimo dobrych relacji ze współpracownikmi. Wreszcie nastąpiła rozmowa z przełożonymi i wspólna decyzja o rozstaniu. Nie miałam żadnego planu. Ale już nazajutrz zatelefonował do mnie Jakub Wrede, pomysłodawca i obecny Prezes Cashy.pl. Opowiedział mi o swoim pomyśle, a mnie się spodobało. Poza tym znaliśmy się już i wiedziałam, że stworzymy dobry zespół – Jakub jest „wymyślaczem” a ja „realizatorem”. Uzupełniamy się.

 

Jakie były Państwa pierwsze doświadczenia na tej nowej ścieżce?

Niezwykłe. Zaczęło się od „podejścia” do akceleratora startupów. Znaleźliśmy się, jako jedyni po czterdziestce, w gronie dwudziesto-, trzydziestolatków. Prezentowaliśmy koncepcję, odpowiadaliśmy na mnóstwo pytań. Zorientowałam się wtedy, że nasza dojrzałość biznesowa, szerokie patrzenie na pomysł i rynek, umiejętność zaprezentowania siebie i swojej wiedzy – coś co w korporacjach określa się słowem „seniority” – ogromnie się przydaje. Ułatwia zarówno prowadzenie rozmów, jak i budowanie biznesu. Ostatecznie z akceleratora nie skorzystaliśmy, ale udało nam się pozyskać pokaźne inwestowanie z dwóch różnych funduszy. Dzięki temu już startujemy pełną parą. Mimo, że minęło raptem kilka miesięcy.

Jednym z ciekawszych doświadczeń okazała się też praca w co-worku. Zawsze mieliśmy własne, oddzielne, eleganckie biura, sekretariaty, asystentki, zespoły podwładnych. A tu…biurko w „ołpenspejsie”. Sądziłam, że nie będę umiała tak pracować. Tymczasem korzyści pojawiły się już po paru dniach. Zorientowaliśmy się, że koło nas siedzi strateg marketingowy. Pomógł nam – którzy zawsze mieliśmy „od tego” ludzi i nie potrafiliśmy ułożyć notatki prasowej – zaplanować spójne działania komunikacyjne. Dzięki temu mamy wyraźną ścieżkę działania. A ja otworzyłam się na nietypowe kontakty i możliwości, na słuchanie nowych ludzi, którzy nie trafili do mnie w wyniku wieloetapowej rekrutacji.

Jakie doświadczenia z dużych organizacji okazują się teraz zupełnie nieprzydatne? A może nawet w jakiś sposób szkodliwe?

Przyzwyczajenie do korzystania ze wsparcia specjalistów i wykonawców działań. Niedawno ktoś mnie zapytał czy mamy call center. Tak, mamy. To ja jestem call center;-) Kilka dni temu okazało się, że jeśli wyjeżdżamy służbowo, to sami musimy kupić bilety oraz trafić pod wskazany adres. Nikt nam nie przypomni, gdzie i o jakiej porze mamy się znaleźć.

Fakt. Takie korzystanie z pomocy w prostych, codziennych sprawach jest wygodne. Tęskni Pani za tym?

Może trochę… Ale takiego fanu, jaki mam teraz z pracy, nie zamieniłabym ani na asystentkę, ani na efektowne, menedżerskie wynagrodzenie w korporacji. Pracuję z ludźmi, których sobie wybrałam, mam wpływ na to, co robię, tworzę nową wartość.

To, co w dużych firmach było przydatne to szeroki dostęp do rynku, gotowa sieć, którą można wykorzystać do zbierania informacji, opinii o produkcie. Teraz musimy tego rodzaju dane zbierać samodzielnie, w mniejszych „porcjach”. 

Co – patrząc z obecnej perspektywy – zrobiłaby Pani inaczej?

Przede wszystkim nie czekałabym do ostatniej chwili z szukaniem nowego zajęcia. Powinnam była już kilka miesięcy wcześniej spotykać się z ludźmi i sprawdzać zapotrzebowanie rynku.

Takie wcześniejsze przygotowanie jest ważne również ze względów finansowych. Żeby odprawa wystarczyła na pokrywanie kosztów życia w czasie przerwy zawodowej lub przez okres „przymusowego wolontariatu” na początku własnej działalności.

Dla mnie hasło – klucz to „urealnianie się”, ocenianie na chłodno swojej sytuacji i pozycji w firmie oraz reagowanie na to, a nie przeczekiwanie.

Jakie plany na najbliższą przyszłość?

Robić swoje, realizować plany i czerpać z tego satysfakcję.

Wprawdzie finansowanie mamy na dłużej, ale na razie dałam sobie rok na testowanie nowej sytuacji. Tym bardziej, że nie zarabiam na bieżąco tylko pracuję na poczet przyszłych zarobków.

Cieszę się, że starczyło mi fantazji biznesowej, by wejść w to przedsięwzięcie. Oczywiście miałam „przesądy” w stylu: nie nadaję się, jestem za stara, startupy są dla młodych, nie dam rady itp. Wszystkie prysły. Okazuje się, że moje różnorodne doświadczenie biznesowe jest przydatne a energia nieoceniona. I mam to, co lubię – kontakty z ludźmi, krótką ścieżkę decyzyjną, wpływ na to co i jak robię, nowe, niezwykłe doświadczenia. Jestem w swoim żywiole.

W takim razie trzymam kciuki za sukces.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Agnieszka M. Staroń